Pożegnanie z Tigernem

Nie była to łatwa decyzja, trochę się z nią mierzyliśmy. Ale w końcu zapadła. Wystawimy Tigerna na sprzedaż. Na wiosnę znaleźli się potencjalni kupcy. W sumie długo to nie trwało i dobiliśmy targu. Na nas zostało jeszcze wykończyć rozbabrane rzeczy, zwodować jacht i się z nim pożegnać.

Chyba transakcja była pomyślna dla obu stron, gdyż nadal mamy kontakt i się spotykamy – zarówno z jachtem jak i z nowymi właścicielami, którzy piszą nowe rozdziały przygód żółtego jachtu.

A my zostaliśmy bez statku, chociaż zamotani w masę ciekawych projektów żeglarskich i szkutniczych. Mimo to nie wytrzymaliśmy długo. Nowa przygoda się szybko rozpoczęła. Ale o tym opowiemy już na nowej stronie: „White Cat”.

Wyczekiwany urlop. Cz. 2 – szkiery.

Mkniemy dość szybko, po kilku godzinach jesteśmy już w porcie Utklippan. Wiatr 4-5 nam nie przeszkadza, osłonięci jesteśmy. Zaczynamy od deseru czyli kisiel i galaretka;). Bierzemy łódeczkę przemieszczamy się na drugą wyspę i wypatrujemy wylegujące się foki, widok super, z oddali widać białe żagle, jakiś statek. Robimy serie zdjęć i wracamy na jacht. Wieczorem zrobiliśmy grilla i układaliśmy plan na nowy dzień.

Plan to szkiery czyli nocleg na kotwicy. Cisza spokój piękny zachód słońca w zatoczce 3 jachty w tym my. Jest cudnie.

Rano śniadanie i wyruszamy dalej. Nie chcemy cywilizacji. Szukamy kolejnej zatoczki, tym razem chcemy cumować do lądu. Na wodzie sporo jachtów, ale miejsc na postój nocny też sporo, po kilku próbach znajdujemy fajne miejsce z odpowiednią głębokością dla naszego Tigerna (niestety 1,8m zanurzenia trochę w tym przeszkadza). Skoki z rufy do wody, słońce mocno grzeje, jest super. Delektujemy się ciepłem, spokojem i tym że nie musimy się nigdzie spieszyć. Plan na wieczór? Ognisko. Tak się zdarzyło, że stoimy praktycznie przy specjalnie przygotowanym takim miejscu. Zapiekanki z ognicha mistrzowskie. Nawet kot miał swoją radość, wytarzała się w ściółce leśnej bo zapach zostawić trzeba.

Rano ruszamy dalej, śniadanie w drodze, po co marnować czas jak można płynąć i jeść:). Dzień pięknie słoneczny. Tym razem ruszamy do cywilizacji się naładować. Szefem kambuza został Broda – zawekowane mięsko przywiezione z Polski – rewelacja. Brodzie czas się kończy na 15 lipca musimy być w Karlskronie, więc trzeba ruszać w tym kierunku. Celujemy w marinę niedaleko Karlskrony. Niewielka marina, w której jest strasznie tłoczno, po 5 łódek w tratwie. Z oddali słychać jakieś próby koncertowe. Szukamy Bosmana, niestety będzie dopiero koło 2000, nie wiemy czy mamy czekać czy nie, bo może wrócić właściciel miejsca w którym stanęliśmy i kto wie czy nie będziemy musieli szukać miejsca gdzieś indziej. Nie ryzykujemy, później będzie zdecydowanie gorzej znaleźć jakiekolwiek miejsce na noc, wypływamy. Szukamy miejsca na kotwicę. Udało się stanąć na wolnej niebieskiej boi szwedzkiego klubu żeglarskiego w przepięknej zatoczce. Piękny zachód słońca plus koncert pięknie zakończyły nasz dzień.

Sobota rano obieramy sobie za punkt cytadele Drottningskär. Wpływamy koło 10, więc udaje nam się znaleźć miejsce postojowe. Idziemy na cytadele, później na jakieś pozostałości jednostki wojskowej i na nie wiem czy jeszcze czynną czy nie jednostkę wojskową. Na zakończenie spaceru lody. Upał dał się we znaki. Nawet obiadu nikomu się nie chciało robić. Cuma miała nas chyba dosyć, bo sama sobie poszła z wizytami na inne jachty.

Z samiutkiego rana ruszamy do Karlskrony. Koło 8 z minutami cumujemy w marinie. Szybkie śniadanie i idziemy na miasto. Rejs Brody dobiega końca. Zaczynamy od zwiedzania rynku, korzystamy z braku kolejki za lodami ponoć najlepszymi w Karlskronie. Ja tam rewelacji jakiejś nie widziałam poza ogromnymi porcjami. Dalej w planie muzeum morskie. Trafiamy na darmowe wejście. Spędzamy tam z 3 godziny. Najfajniejsze było zwiedzanie łodzi podwodnej, robi ona duże wrażenie. Wracamy na łódkę. O 18 Broda wsiada do autobusu i zostajemy w trójkę.

Wracając obmyślamy, gdzie popłyniemy jutro i w ogóle jaki dalszy plan. Mamy w końcu 2 tygodnie na powrót. Możemy szaleć. W poniedziałek rano Grześ zarządził spacer do sklepu żeglarskiego. Inwestujemy w hak do boi. Po drodze jeszcze zakupy. Wypływamy. W Karlskornie ma się odbyć konferencja Braci Żeglarskiej, miejsca zarezerwowane i dziś ma się odbyć w niej jakaś parada (chyba wszystkie jachty mają razem wpłynąć w szyku do mariny ). Stwierdzamy, że przepłyniemy pod zwodzonym mostem. Wygooglaliśmy, że most otwierany jest o pełnych godzinach jakie było nasze zdziwienie, jak most się otworzył prawie pół godziny później. Kierunek obieramy niedaleko Karskrony w zatoczkę, gdzie możemy spokojnie stanąć na kotwicy. Dopłynęliśmy wczesnym wieczorem. Reszta dnia upłynęła na delektowaniu się ciszą i spokojem.

Schodzimy z kotwicy koło 8 rano. Płyniemy w kierunku Åhus. Zapływamy tam wieczorkiem koło 20. Znajdujemy miejsce po drugiej stronie miasta, ale wcale nam to nie przeszkadza. Miły Pan Duńczyk dał nam kody do łazienki bo się kręciliśmy w poszukiwaniu możliwości opłaty i gdzie ewentualnie jest jakiś prysznic (a tu wszystko zamknięte). Zastanawiamy się co zrobić bo rano wypłynąć się nie da skoro pracownik Gasthamn będzie dopiero o 0930. Deszcz… a właściwie ulewa pomogła nam podjąć decyzję jednogłośnie – zostajemy na trochę dłużej. Przecież nam się nie spieszy. Plan dnia: granie, śpiewanie, wycinanie naklejek, bo przecież Zlot ” Kurs na Twierdzę” niebawem, gry karciane, jenga, czytanie. Dzień leniwca dosłownie.

Następnego dnia rano, bierzemy rowery. Szybki objazd rowerem po okolicy. Nie wiele jest do zwiedzenia, a nam zależy na czasie, by jeszcze tego samego dnia po południu być w Simrishamn, by zdążyć na umówione spotkanie z Rafałem z Santa Pasta. Koło 16 jesteśmy na podejściu, ale czujemy, że z miejscem postojowym może być problem. Miła Pani z motorówki, krzyczy do nas w niezrozumiałym języku pokazując, że obok nich jest miejsce. Dziękujemy jej pięknie, wpasowujemy się w miejsce jak dla nas. Idziemy zapłacić i ogarniamy tankowanie. Spotykamy Rafała i idziemy na miasto na lody i zakupy. Wiele do zwiedzenia nie ma stwierdzamy, że wracamy na łódkę. Korzystamy z zaproszenia Rafała i idziemy na Santa Pastę. Rozmów nie ma końca. Ale czas się pożegnać. Rafał rano musi ruszyć dalej a i nam się już trochę spieszy, bo umówieni byliśmy z Gosią, Krzysiem i Mikołajem z Agane. Obieramy kurs na Bornholm do Tejn.

Zaczyna się rozwiewać. Zdzwaniamy się z Agane, nie ruszają się bo dla nich  wiatr w mordkę. My wpływamy do Tejn. Miejsca cumownicze na bojach. Mamy hak to pestka. Niestety hak się wypiął i wpadł do neptunowego magazynu wieczności, a nas znosi na superaśne jachty czarterowe. W ostatniej chwili udało się zawrócić, lekko zdenerwowani całą sytuacją, podchodzimy drugi raz. Stajemy burtą, ktoś odbiera od nas cumy. Nikt nie ucierpiał. Sytuacja dość napięta. Stwierdzamy, że idziemy na spacer po okolicy to nas ciut wszystkich uspokoi. Zahaczamy o żeglarski sklep i kupujemy nowy hak. Na poprawę humoru kupujemy wielkie pudło lodów. Następnego dnia idziemy na spacer po okolicy, robimy 20 km, mijamy ruiny, klify, wchodzimy do kilku „jaskiń” i odwiedzamy wodospad (co się na nasze przybycie wziął i wysuszył) i jakieś inne bornholmskie cuda. Koło 17 wpływa Agane. Z oddali słychać radość Mikołaja, który krzyczy coś do nas. Rozmów nie było końca. Wspólna kolacja, gawędy i wspominki. Planujemy już razem, gdzie się wybierzemy następnego dnia. Pinezka została wbita w Christianso.

Dla odmiany nic nie wieje. Odpalamy silnik, by jeszcze o przyzwoitej godzinie zapłynąć. Ale miejsc i tak brak. Łódki w tratwach. Gosia z Krzysiem przycumowali do jakieś łódki my do nich, po chwili do nas jeszcze jedna jednostka zacumowała.

Panowie stwierdzili, że zrobią sobie wycieczkę bączkiem popodziwiać foki, które są na tyle ciekawskie, że wystawiały głowy nie daleko łódeczki. Pod wieczór poszliśmy na spacer po wyspie. Widok zapierał dech w piersiach. Kolejny fajny dzień, pełen niezapomnianych widoków. Zmęczeni, głównie pogodą odpadamy. Rano Grześ stwierdza, że idzie na wschód słońca. Do 8 musimy się zmyć bo pierwsze łódki co w trawie stały chcą wyjść. Koło 7 Grześ wraca z legendarnymi śledziami Pani Ruth.

Vang to nasz nowy cel. Nie wieje prawie nic, a po chwili nie wieje już w ogóle nic. Koło południa dopyrkaliśmy na miejsce. Zajmujemy ostatnie miejsca. Żar z nieba się leje, ale częste skoki do wody ratują sytuację. Idziemy na piaszczystą plażę, lokalne kąpielisko zrobione w starym porcie okolicznego kamieniołomu. Woda zimna, ale po upalnym dniu świetna, chłopaki z trampoliny skaczą do wody.

Kolację jemy na świeżym powietrzu szkoda w środku siedzieć. Smakujemy śledzi – smak obłędny. Znów rozmowy do późna. Rano zadecydujemy co dalej.

Znów zapowiada się dzień bez wiatru i z żarem z nieba więc zostajemy na kolejny dzień. Niestety trzeba zapłacić za postój, ale do tutejszego bosmanatu nowoczesna technologia jeszcze nie dotarła i płatność tylko w gotówce. Panowie biorą więc rowery i jadą do Allinge po gotówkę i po zakupy. I znów kolacja na świeżym powietrzu pałki z kurczaka z prodiża – rewelacja.

Następnego dnia rano Cuma stwierdziła, że popływa i się skąpała. Akcja ratownicza nie była prosta, bo Kot się zaklinował pomiędzy belkami nabrzeża. Masakra. Była później na nas obrażona, bo musiała się suszyć na zewnątrz, ale myślę że wyszło jej to na dobre. Panowie wybrali się jeszcze na ruiny Zamku Hammershus i około południa ruszyliśmy do Hasle.

W Hasle olbrzymia marina, ale z miejscem był i tak problem, bo wszystko pozajmowane. Po kręceniu się w tę i nazad, znajdujemy miejsce. Wysokie nabrzeże, ale miejsce jest.  Dziś imieniny Krzysia. Śpiewamy mu głośne i radośne sto lat, Gosia ugotowała pyszności, wieczór świętowania.

Toniemy!!! Pękła rurka chłodzenia silnika, – całe szczęście to tylko cienki wężyk. O 1 w nocy naprawiamy (Grześ głównie). Sprawdzamy przed snem pogodę, ma się kiepścić. Eh.. Ale rano się upewnimy i podejmiemy decyzję.

Wypływamy jednak wcześnie rano, śniadanie na wodzie. Kapitan ma pierwsze i ostatnie zdanie. Nie dyskutujemy. Szybko się żegnamy, oddajemy cumy i obieramy kurs do domu. Przez cały dzień płyniemy na silniku, by tylko zdążyć przed silnym wiatrem. Wieczorem się coś rozwiewa, 4 węzły na żaglu mkniemy do przodu. Nad ranem siadło. Znów Katarina dźwięczy. Może się wyrobimy. Pogoda lubi zaskakiwać. Zaskoczyła i nas, rozwiało się wcześniej. Jednak nie zdążyliśmy. Chowamy się w Łebie. Upał. Nie chce nam się gotować w tym skwarze więc idziemy zjeść na miasto. Czekamy na wieczór – dziś zaćmienie księżyca.

Jest zachwyt. Cześć gapiów nic nie widziała przyszła tylko napić się piwa. Albo pogadać. Opowieści zasłyszanych, aż strach. Że się ludzie czasem nie krępują to ja nie wiem. Sesja zdjęciowa zaćmienia jest. Rano się zobaczy co dalej z pogodą.

Nic się nie zmieniło, cały dzień ma mocno wiać, najwcześniej wypłyniemy na noc. Wypływamy koło 18. Oczywiście na silniku bo teraz z kolei nic praktycznie nie wieje. I tak do rana.  Nad ranem ciut się rozwiało udało się popłynąć trochę na żaglach. Tylko 2 węzły, ale przynajmniej cisza. Nie na długo jednak, bo znów przestało wiać. Za to wschód słońca przepiękny. Mijamy Rozewie, po chwili Władkowo to już prawie jak w domu, niedługo zatoka.

Po 3 tygodniach rejsu, cumujemy na naszym miejscu. Zmęczeni, ale zadowoleni, zdystansowani wróciliśmy do cywilizacji. :).

PS. trochę trwało uzupełnienie zaległości. Ale o tym w kolejnym poście:D.

Wyczekiwany urlop. Cz. 1 – kierunek północ.

Przygotowania zaczeliśmy na jakieś 2 tygodnie przed, niby to już prawie rutyna. Ale ostatnie kilka dni i tak zleciały bardzo intensywnie, pod pełną parą, czasem tyle do zrobienia że nie wiadomo w co ręce włożyć. Ale się udało. Nawet jeszcze zdążyliśmy rozkoszować się koncertami na Baltic Sailu. Może za rok uda się zabrać za przygotowania na spokojnie (powtarzamy to za każdym razem, że za rok na pewno, ale jakoś nie wychodzi;) )

Rejs czas zacząć!!

Pierwszy przeskok, krótki na rozgrzewkę wylądowaliśmy na Helu. Rozwiało się w mordkę  pod krótką falę i dość silny wiatr stwierdziliśmy, że nie ma sensu męczyć się i powoli na siłę posuwać się do przodu – lepiej w porcie odespać koncerty przed dłuższym przelotem. Mamy szczęście, na Helu miejsce, w którym najmniej buja jest wolne (czekało na nas 😉 ). Jakoś nie mamy chęci ruszyć się poza jacht. W końcu rano wcześnie trzeba wstać i ruszyć dalej, więc tylko szybkie jedzonko i spanie. W niedziele o 5 z minutami budzik rozpoczyna nowy dzień, po 6 rzucamy cumy i wypływamy. Początkowo wieje zero do nic, ale niedługo ma coś się ruszyć. O dziwo długo czekać nie musieliśmy bo zaraz za Helem się rozwiewa. Niestety jak to bywa przy Rozewiu wiatr siada, więc odpalamy Katarinę, według prognozy w nocy ma się mocniej rozwiewać, lepiej uciec jak najdalej. Całe szczęście długo na wiatr nie musieliśmy czekać, i można było odstawić silnik.

Słońce chyli się ku zachodowi, kot wyleguje się na pokładzie, jest sielsko. Zachód przepiękny, seria zdjęć: Cuma pozuje, jest bajecznie. W środku nocy zgodnie z prognozą się rozwiewa, może ździebko mocniej niż miało. Poczotkowo była królewska jazda na wiatr. Brak fali i jakieś 4B, mkniemy jak przecinaki. Długo trzymamy pełen set żagli, prędkości w okolicach 7kt. Niestety wiatr rośnie, fala również, Tygrys skacze przez fale mkniemy dalej szybko ale powoli trzeba zmniejszać ożaglowanie. Zmniejszamy genuę, później zrzucamy grota. Wiatr systematycznie rośnie, fala również. Po 37 godzinach wpływamy do Gronhogen. Co prawda na koniec zaczęło się polepszać, ale i tak zmęczenie daje się we znaki. Prysznic, kolacja, krótki spacer, dyskusje gdzie dalej i idziemy spać. Rano pompujemy ponton – przyda się w szkierach.

Obieramy kurs na szkiery Blekinge, chcemy szkorzystać z wschodniego wejścia – dużo trudniejszego niż główne do Karlskrony. Wejście między skały rzeczywiście okazuje się nie takie proste, poza tym trzeba sobie przypomnieć szwezdzki schemat myślenia przy oznaczaniu dróg wodnych. Po długim lawirowaniu między skałami, ocenianiu poszczególnych kotwicowisk, zbaczamy z oznakowanego szlaku w kierunku osłoniętego kotwicowiska – naturhamn o wdzięcznej nazwie Flakahamn przy wyspie Flakskär. Na miejscu okazuje się, że nie tylko my zdecydowaliśmy się na postój w tej zatoczce, ale miejsce i dla Nas się znajdzie. Stajemy na głównej kotwicy, dodatkowo dla pewności pontonem wywozimy jeszcze jedną kotwicę. Wieczorem jeszcze tylko desant pontonowy na ląd, bliskie spotkania z owcami i „zwiedzanie” stanowiska artyleryjskiego. W nocy alarm kotwiczny z GPS kilka razy budzi, ale całe szczęście to tylko zmiana kierunku wiatru – kotwice trzymają mocno.

roboty, roboty, roboty….

Miało być jakoś tak mniej pracy w tym roku. Ale wyszło jak zawsze, a że pogoda nie rozpieszczała – łatwo nie było. Więc jak zwykle, roboty sporo, czasu mało to i na blogu jak zawsze z opóźnieniem :).

Najlepiej chyba wszystko opisze te kilka fotek z prac z drobnym komentarzem :).

Zbliża się wiosna.

Wiosna coraz bliżej, temperatury już sprzyjają realizacji pierwszych zadań. W tym roku w planie na pewno dalsze sprawy silnikowe i kolejny etap konserwacji wnętrza. Po zeszłorocznych perypetiach z dławicą, w tym roku ustrojstwo znów idzie na tapetę. Tym razem wcześniej, nie na ostatnią chwilę, więc spokojnie temat ogarniamy własnymi siłami. W sumie to tylko wymiana 3 simmeringów i węża cóż w tym może być trudnego;). Ale oczywiście jak zawsze, wszystko proste jak już się wie co i jak.

Simmeringi powinny być z nierdzewną sprężynką. I tu problem, nigdzie takich nie ma. W necie jest dużo rzeczy, i często dużo taniej, ale jakoś tego się nie udało zlokalizować. Okazało się, że jak ktoś chce nierdzewną sprężynkę to musi odzielnie sobie takową kupić. Mało tego może nawet kupić za dużą i sobię ją skrócić ;P. Ale żeby się o tym dowiedzieć, nie wystarczyło przeszukanie netu wzdłuż i wszerz, trzeba było odwiedzić sklep i porozmawiać z fachowcami. Tak czy siak, dławica już złożona i czeka na montaż.

Oczywiście sprawa z wężem łączacym dławicę z kadłubem też nie mogła być prosta. Króciec po stronie kadłuba ma średnicę 38mm, a po stronie dławicy 45mm. Niestety Szwed wymieniał dławicę, na nowszą i lepszą – ale niedopasowaną tak dobrze jak oryginalna. Wcześniej zostało to zmontowane na wąż 40mm, z jednej strony mocno ściśnięty (łatwo było o nieszczelność z tej strony), a z drugiej strony mocno rozepchany, żeby wszedł (ciężko tu z kolei w ogóle nasadzić taki wąż). Tu po wielu poszukiwaniach udało się zlokalizować motoryzacyjną przejściówkę, poczwórnie zbrojoną – idealnie dopasowaną z obu stron. Przy okazji udało się również trochę dławicę odsunąć od silnika, więc nie powinny o siebie już trzeć te elementy na biegu wstecznym :).

2017-02-25-13-47-07

A na koniec obrazek z kilku letniej anody silnikowej. Cały czas tylko delikatnie nadjedzona. Po oczyszczeniu wróciła już na miejsce :).

2017-03-05-12-01-51

 

 

 

Za tych co na lądzie, bo ci co na morzu sobie poradzą

Grot na drugim refie, genua rozrolowana tylko do wielkości foka. Szok, jak Tigern ostro bryka na nowym grocie pod fale i pod wiatr 🙂 – a wiało jeszcze jakieś 6B, a fala była nieźle rozhuśtana po silnych wiatrach. Póki co zgodnie z prognozą można regulować zegar atomowy. Wszystko się ładnie zmienia tak jak powinno. Nawet nad ranem yanmarek pochodził kilka godzin, tak się uspokoiło. Lepiej było podgonić na silniku, żeby w razie czego być bliżej niż dalej. Później trochę powiało, więc wszystko co można to poszło w górę. W takiej sielance mija 24h na morzu, wtedy mniej więcej miało się zacząć rozwiewać. I tak też miało miejsce. Dla poprawy jakości życia siąpi i popaduje deszcz. Fale dość szybko rosną, powoli Yogi nie wyrabia. Trzeba zluzować elektronicznego członka załogi i przejąć ster. Co gorsza wiatr coś tak zaczyna być mocniejszy niż było w prognozie. Grota zrzuciliśmy już zawczasu, jeszcze zanim przyszedł silniejszy wiatr. Nie było sensu trzymać dłużej tylko po to, żeby zyskać jakieś 0,5 węzła prędkości. Ale teraz systematycznie zmniejszamy powierzchnie Genuy. Najpierw trochę, później już do wielkości foka, i jeszcze trochę aż osiąga rozmiary foka sztormowego – takiego pomiędzy chusteczką a majtkami ;).

Wiatr zgodnie z prognozą prawie, że z północy wieje. Więc i ładnie płyniemy w baksztagu. Ponieważ cały czas chmury obniżają zasolenie Bałtyku, zostaję sam na sterze, załoga w środku – jeszcze i tak każdy zdąży zmoknąć i zmarznąć. Początkowy plan to Władkowo lub Łeba. Ale fale coraz bardziej rosną, robią się agresywne, a wiatr coraz bardziej się nasila. Prognozowane 6-7 w tym rejonie już przekroczył, biorąc pod uwagę gnane fale gdzieś tam dalej musi być jeszcze gorzej. Może za blisko jesteśmy tego niżu, za bardzo na wschód, więc najpierw obieram kurs bardziej na Łebę, miejąc nadzieję, że prognoza się tylko trochę przesunęła i wejdziemy niedługo w lepszą pogodę. Po kolejnych kilku godzinach, i jakiś +2B, fale osiągają zbyt dużą wysokość na wejście do Władkowa czy tym bardziej Łeby. Wypłycenia, prądy boczne i inne dziwne zjawiska to nie jest to co tygryski lubią najbardziej w taką pogodę. Przystępujemy do planu C – czyli lecieć na zatokę i tam schować się za osłonę półwyspu, a jak nie będzie tak źle to nawet prosto do górek. Kilka stopni w lewo i ładnie lecimy na Hel.

Cały czas pada deszcz, chociaż pada to złe określenie. Bo jak coś spada to leci z góry na dół. A tu prawie, że poziomo. W środku przez zejściówkę na prawej burcie deszcz dochodzi do połowy mesy. Ale i tak nie jest źle, w końcu nie pada jeszcze od dołu. Za to na sternika czyha kolejne niebezpieczeństwo. Bandera. Po tym jak estończycy połamali flagsztok, to powiewa sobie na rurce od bramki rufowej. I chyba się rozsierdziła na tak niechlubne miejsce powieszenia – bo sternikowi po głowie co i rusz daje z naprawdę niezłym impetem.

Żeby aż tak mocno do środka nie padało, częściowo poprzymykaliśmy zejściówkę. Ale całkowicie nie da rady zamknąć – kable od chartplotera przeszkadzają, a poza tym i tak jest słaba komunikacja z osobami w środku. Trudno trochę deszczówki to będą zdrowsze włosy.

W środku nocy zbliżamy się do platformy Baltic-Beta. Zbliżamy się, a światła platformy co jakiś czas przykrywa ściana deszczu. Idealny kurs na zatokę i względem wiatru niestety prowadzi delikatnie przez skraj strefy. Tym razem AIS okazał się kulą u nogi. Wachta na platformie bez problemu nas wypatrzyła, i zaczęła wywoływać na radiu. Najpierw po pozycji (w końcu mają nazwę ??), więc jakoś nikt nie był skory do sprawdzenia. Za sterem ledwo słychać jak coś krzyczą ze środka a co dopiero dźwięki z radia. Po jakimś czasie idą po rozum i wołają po nazwie – załoga się od razu obudziła i odpowiedziała na wezwanie. Panowie z platformy (cytuję): rozumieją, że są ciężkie warunki, ale za chwilę wpłyniemy w strefę więc powinniśmy zmienić kurs. Niestety kąt do wiatru i do fali się pogarsza i płynie się znacznie gorzej. Może byśmy lekko smyrneli kraniec strefy. Biorąc pod uwagę warunki … można było odpuścić. Całe szczęście po kilku Mm można było wrócić na kurs ze spokojnym sumieniem.

Wiatr ustabilizował się na poziomie jakiś 10B, porywy bywały na pewno silniejsze conajmniej 11B. Ale bardzo krótkie, woda na fali zaczynała się szarpać od powiewu, ale wiatr już był z powrotem te 10B. Fala za to rosła, pierwsze skojarzenia to słowa szanty: „fale jak domy”, a już na pewno jak domki jednorodzinne;).  Na zdjęciach tego tak nie widać oczywiście. Ale udało się nakręcić jak statek sztormował pod tą falę, szedł ze sporym trudem ok. 4kt (zgodnie z AIS). Tym razem obyło się bez surfowania na fali, jacht szedł z ładną prędkością, i całkiem stabilnie.

Po jakiś 8h za sterem musiałem na chwilę usiąść i odpocząć, choćby i w kokpicie. Także pałęczkę na kolejne kilka godzin przejął Karol. Zdjąłem przemoczone rękawice, i już nie szło ich włożyć na mokre i zmarźnięte ręce. Pocieszające było to, że byliśmy coraz bliżej zatoki, a tam na pewno uda się bezpiecznie wejść do portu. Żeby nie było za łatwo na samym końcu wiatr trochę odkręcił, trochę osłabł (pewnie wpływ brzegu) a fala z kolei jeszcze się podniosła. Wizja ciepłego śniadania w porcie, zaczęła się zamieniać na pyszny obiad w KUTTRZE. Ostatnia prosta to z kolei kartoflisko pod Helem. Silny wiatr w mordę i krótka, stroma, zatokowa fala.

Przez UKFkę zgłaszamy wejście na Hel, podajemy port wyjścia VISBY. Na jakiś jednostkach musieli podsłuchiwać, bo na wejściu kilku biło brawo, jakaś życzliwa dusza kieruje nas w najlepsze miejsce w marinie, gdzie prawie nie buja. Już wiemy, że Gdańsk cały zalany, że jakiś armagedon się przewalił. Na Helu jachtowe wiatromierze pokazywały 11B. A nasze straty to wytrzepana bandera (była prawie nowa, a teraz trzeba będzie ją wymienić bo nieładnie z taką obszarpaną). Genuę, trochę też wydmuchało, zobaczymy to dobrze następnego dnia jak ją całą rozrolujemy i będzie widać różnicę wybrzuszenia. No i jacht do kompleksowego suszenia, ale mokro głównie z powodu deszczu wpadającego przez zejściówkę. Niezliczone tubki Sikaflexu zadziałały, i jacht nigdzie nieciekł.

W porcie szybki klar, suszenie rzeczy. Jakieś żarełko w Kuttrze i trzeba trochę odsapnąć. Następnego dnia koło południa wychodzimy z Helu, ostatni krótki przelot i jesteśmy w Górkach. Rejs można uważać za zakończony. Tym razem nawinęliśmy tylko 470Mm w czasie 103h.

A na koniec jeszce kilka filmików:

Piracka stolica

Ze Stora Karlso udajemy się do stolicy Gotlandii VISBY. Na ptasiej wyspie bujało niesamowicie. Ale na morzu Tigern już brykał radośnie 5 knotów.

Dopływamy w porze obiadowej, oczywście z przebojami, bo coś nie zgrało się w trakcie podejścia. Na początku nie ma miejsca w Y-bomach przy centrum dowodzenia. Więc wysyłają nas na boje przy falochronach, blisko wejścia do portu. Miejsce słabe, silny wiatr boczny, cumuje się fatalnie. Wpierw niedogadanie między załogą, kto za co odpowiada, w wyniku czego bosak ląduje w wodzie. Na szczęście Szwed, który wszystkiemu się przyglądał, wyszedł z pomocą. Na kei stał „Boy z ręką w gipsie”, który odebrał cumę dziobową, a my rufą tańczymy na boki. By nie uszkodzić jachtów obok oraz przede wszystkim naszego Tigerna, Grześ przesiadł się na ponton, pożyczony od sąsiada, wypłynął przycumować nas do boi. A później wyruszył w misję ratunkową po bosak. Oczywiście wszystko zakończyło się bez żadnych strat, bosak odzyskany, jacht zacumowany, inne jachty całe, Tigern też, tylko wielgachny siniak na ręce został (jakieś straty muszą być).

2016-07-11-23-14-26

poświęcenie dla sprawy

Szybkie dokonanie formalności w Hamnkontor, szybki prysznic. Widać, że to wyspa – za prysznice trzeba płacić oddzielnie, na wyspach wodę trzeba oszczędzać.

Po ciepłym prysznicu pora na miasto i jedzenie. Gdzie idziemy? Tam gdzie zasięg internetu czyli McDonalds. Po zjedzeniu owych pyszności, sprawdzeniu poczty i meldunku na fejsiku idziemy się przejść. Jesteśmy zmęczni po nieprzespanej nocy, więc spacer krótki, szybko stwierdzamy, że wracamy na jacht i przejdziemy się jutro, bo dzisiaj już się nie chce ;).

Po powrocie, na jachcie czeka nas niemiła niespodzianka. Gdy Grześ, się oparł w kokpicie o sztormreling, zauważył, że coś źdźiebko za luźny jest. Okazało się, że stójka jest mocno wykrzywiona, a linka relignu uszkodzona. Zerwany kawałek izolacji PVC i kilka pękniętych stalowych żyłek. Szwed co ponton nam pożyczał wypłynął, najwyraźniej musiał zahaczyć wychodząc i wykrzywił stójkę. Z jednej strony załamani z drugiej wkurzeni, już się szykujemy ze skargą do obsługi mariny. A tu pędzi w naszym kierunku Melex. Znów Pan z ręką w gipsie, tym razem z karteczką i namiarami na Szweda. Winowajca już dzwonił do mariny i przekazał na siebie namiary. Jak to w takich sytuacjach nieoceniona pomoc Asi jako tłumacza się przydała. Szwed obiecał, że jutro w samo południe pojawi się i obgadamy co i jak. Od razu jakoś tak raźniej na sercach :).

20160710_1927_260

stójka była wygięta, aż do miejsca uszkodzenia relingu. Trochę siły, i udało się ją w miarę przywrócić do pionu. Trochę w myśl zasady jak nie młotkiem to 5kg młotem ;).

2016-07-10-20-06-47

notka z mariny ;).

Niestety to był pechowy dzień. W nocy budzi nas, hałas, uderzenie w jacht, jakieś mega zamieszanie. Grześ szybko wyskakuje na zewnątrz. Tym razem estończycy na jakiejś super regatówce, zapragneli wchodzić rufą. Niestety, pomimo licznej załogi coś poszło im nie tak. Całe szczęście uderzenie w rufę przejeła duża bańka odbijacza. Ale flagsztok został złamany. Jeden z estończyków z rozbrajającą szczerością przekazał go, mówiąc: „I think, its Yours” – żartowniś jeden. Na początek w przeprosinach dostajemy 2 piwa, a rano sąsiedzi pójdą kupić flagsztok w sklepie żeglarskim. Mając w pamięci szwedzkie podejście, nie przejmujemy się, bo przecież żeglarze to uczciwi ludzie. Jednak z tym naszym podejściem nie było aż tak źle :).

Nazajutrz budzi nas znów jakiś harmider. Estończycy się zmywają, znów puszka piwa i 10 euraczy mają załatwić sprawę. Tym razem trzeba było się kłócić trochę o wyrównanie szkód.

Po niemiłym poranku czas się trochę rozerwać, i ruszamy na miasto. W planie przejść się po murach obronnych, powłóczyć się po starej części Visby. W południe stawiamy się na umówione spotkanie. Rozmowa ze Szwedem, krótka i konkretna. Z dziesięć razy przepraszał. Zakres prac może być całkiem spory. Zależy co i jak da radę naprawić. Minimum to wymiana naderwanej górnej linki relignu. Do tego dochodzi mocno pokrzywiona stójka, pokrzywione gniazdo stójki. Jeśli stójkę trzeba będzie wymienić, to i dolna linka pójdzie do wymiany. Tu w Visby ciężko to wszystko stwierdzić. Na miejscu tylko doraźna naprawa. Lekkie naprostowanie gniazda i stójki, zabezpieczenie linki. Już w Gdańsku po rozebraniu wszystkiego, okazało się, że stójkę rzeba wymienić, jest tak pokrzywiona, że prostowanie nie ma sensu. Czyli obie linki relingu też do roboty. Ale chociaż gniazdo dało radę poprawić.

Postój w mega drogim Visby znacznie się nam wydłużył. Dość silny wiatr się utrzymywał przez kilka dni. Cały czas z kierunków S. A my już chcieliśmy powoli kierować się do domu. Póki czas nas mocno nie goni, lepiej skorzystać z tego co Visby oferuje, niż kopać się z koniem, a właściwie w tym przypadku z falą i wiatrem. No i dżentelmeni pływają z wiatrem:). Więc i zwiedzamy miast wzdłuż i wszerz, w dzień i w nocy. A jest co zwiedzać i podziwiać :).

Po 3 dobach postoju już trochę zaczyna być z czasem ciasno. Prognozy takie sobie. Ale trzeba się ruszyć, bo się do pracy nie zdąży jak tak dalej pójdzie. Plan jest taki, wypływamy koło 16, przez kilka godzin jeszcze pomęczymy się pod wiatr i falę, później ma się odkręcać i słabnąć. Noc już ma być całkiem dobra, następny dzień podobnie. Niestety kolejny wieczór już będzie mniej ciekawy, a na pewno będziemy wtedy po środku niczego vel. Bałtyku. Zgodnie z prognozą ma się rozwiewać wzdłuż wschodniego wybrzeża i to mocno jakieś 9B. Całe szczęście wiatr będzie z północy, jak popłyniemy na Władkowo, albo Łebę powinniśmy być już na skraju tej sieczki, a wiatr mieć jakieś 5-6B z N. Plan jest, zaufanie do prognozy takie sobie, niby wszystkie mapki pogodowe mówią podobnie (i dmi, i SMHI, i yr.no i co tam jeszcze się sprawdzało a było tego sporo). Czas nagli, więc lecimy.

 

Polskie drogi

Z łapania pisklaków wracamy wszyscy pod niesamowitym wrażeniem wydarzenia. Jeszcze tylko dokładne mycie rąk. Po drodze wpadło jeszcze kilka ciekawych kadrów. Zmęczeni, ale wpełni zadowoleni, zbliżamy się do jachtu a tu niespodzianka, tym razem niemiła. Na pomoście ruch jak na klifie. Jachty tańczą na fali, a ludzie skaczą wokół nich. Wszystkie możliwe cumy są wyciągane, tworzy się istna pajęczyna. Odbijacze trzeszczą. Wiatr się nasilił, niby zachodni kierunek, niby zatoczka dobrze osłonięta z tego kierunku. Ale jednak fala wchodzi i rzuca wszystkim niesamowicie. Znów mamy szczęście, stoimy po wschodniej stronie pomostu, więc fala i wiatr nas odpycha od kei. Stoimy sami, a nie w tratwie jak inne jachty. Ale żeby noc była spokojna to i tak 9 cum pracowało wytrwale. A wyboje jak podczas drogi na górki. Rekordzista rozpiął cumę, dobre 40m, w poprzek zatoczki do jakiegoś kamulca wielkiego.

Noc jakoś minęła, udało się bez strat. Ale wycieczka po wyspie z przewodnikiem niestety tym razem wypada z grafiku. Po naszej stronie pomostu stac nie możemy, bo prom przypłynie, a po drugiej i tak już tłoczno, i dużo gorzej rzuca. Zostaje tylko wyplątać się z tej pajęczyny cum i skierować się na morze, gdzie oczywiście spokojniej nieco.